“CIEMNA STRONA KSIĘŻYCA”

Przypuszczam, że większości z Was nie trzeba mówić, czym jest album Pink Floyd „The Dark Side of the Moon”, czyli „Ciemna Strona Księżyca”. Dla mnie przez wiele lat był on czymś niezwykłym i do dziś takim został, choć już nie w takim stopniu, jak kiedyś. Muzyka i słowa, choć tworzone 30 lat temu, są do dziś czymś wyjątkowym i nadal brzmią oryginalnie i nowatorsko, przynajmniej dla mnie. Jeszcze jako słuchacz marzyłem i w wyobrażni sobie układałem, jak by to mogło zabrzmieć po polsku, lecz nie przypuszczałem, że będę miał kiedykolwiek okazję zrealizować swoje marzenia. Pomysł zrobienia „Ciemnej strony” odrodził się w czasie kończenia swojej drugiej płyty „Skok”, lecz jeszcze przez kilka miesięcy nie miałem odwagi się z nim zmierzyć. W końcu jednak doszło do jednej kwestii: czy jest możliwe przedtłumaczyć te angielskie teksty z zachowaniem ducha i klimatów, i jak to zrobić, by się to dało zaśpiewać. Podzieliłem się z tym pomysłem z kilkoma znajomymi, z których większość zareagowała zdziwieniem, graniczącym z politowaniem. Jedynie moja żona stwierdziła: „Jeśli nie ty, to kto?” Oczywiście, że tak, no ale to jest w końcu moja żona, więc trudno się dziwić takiemu optymistycznemu podejściu. Powiedziałem sobie:” Jeśli uda mi się z powodzeniem przetłumaczyć wszystkie teksty, to reszta jest do zrobienia !” No i udało się, dość szybko, w dwa tygodnie wszystkie teksty były gotowe. Zacząłem od rozpisania wszystkich partii instrumentalnych, przede wszystkim gitar. Dość szybko, bo w niecały mięsiąc miałem wszystkie podstawowe podkłady gitarowe i instrumenty klawiszowe. Oczywiście robiłem to wszystko sam tak, jak i wszystkie pozostałe swoje nagrania, więc było to trochę uciążliwe. Brakowało mi jedynie partii perkusyjnych, saksofonu i wokali żeńskich. No i wtedy pojawiły się małe problemy, bo większość muzyków po prostu bała się do tego podchodzić, tłumacząc, że to jest niemal świętość muzyczna i jest to praktycznie niemożliwe, a już na pewno zbyteczne. I tu należy się czytającemu te słowa pewne wyjaśnienie. Dlaczego robić to polsku? Pierwsza odpowiedż brzmi: „A dlaczego nie?” Druga, już bardziej serio: „Bo nikt tego wcześniej nie robił”. Był jeszcze jeden aspekt – album ten zawsze był dla mnie zbyt komercyjnie brzmiącym produktem w porównaniu z dość mrocznym przesłaniem, który zawierał. Poruszał bardzo poważne tematy jednostki i jej miejsca w tym zwariowanym świecie, a równocześnie podawał to wszystko w bardzo „przystępnie-słodkobrzmiącej formie”. I bardzo dobrze, bo dzięki temu dotarł do większej rzeszy słuchaczy. I to był dla mnie plus, bo już nie musiałem brać tego aspektu pod uwagę. Przecież każdy zainteresowany dobrze wie, co to jest i samo hasło „Ciemna strona Księżyca” jest jak znak firmowy np. Sony, McDonald, czy The Beatles. Chciałem, żeby zabrzmiało to dużo mocniej, rockowo, żeby trochę drażniło i nie stwarzało takiego błogiego nastroju słuchaczowi, jak oryginał. Wszystkie linie melodyczne (z wyjątkiem „On the run”) są takie same, jak oryginalne.Zmieniłem niektóre sola gitarowe np. w „Czasie” i nie ma sakasofonu. Sola saksofonu wykonałem na odpowiednio przetworzonej gitarze. Wiele efektów dźwiękowych typu: kroki, tykanie zegarów, bicie serca w pierwszym nagraniu (to jest moje serce, które do Was bije !) robiłem we własnym zakresie. Wykorzystałem również oryginalne efekty z pieniędzmi i samolotów z płyty. Z nagrywaniem tych dodatków wiąże się też wiele zabawnych momentów np. kroki biegnącego człowieka nagrywaliśmy z kolegą w nocy w bloku mieszkalnym, ja biegałem a za mną kolega z mikrofonem przy podłodze. Nagle pojawił się wracający z nocnej zmiany człowiek, który zdziwiony zapytał się, co robimy ? A my mu na to:”Nagrywamy płytę”. Początkowe wypowiedzi na orygilnej płycie były zbierane od pracowników studia nagraniowego i potem wplecione w różne miejsca na płycie. Ja postanowiłem zrobić podobnie z tą róznicą, że ułożyłem pewien szereg przeciwnych opinii na rózne tematy i poprosiłem znajomych i sąsiadów, zupełnych amatorów, by mi te kwestie wyczytali. Efekt jest wspaniały, bo jak się okazało każdy z nich po swojemu, ale naturalnie odegrał swoją rolę. Szkoda,że nie mogę dołączyć zdjęć z niektórych wystąpień np. kolegi mówiącego „Dobra praca, to jest to!”, bo oprócz tego, że brzmi to wiarygodnie, to sam moment powstawania tej kwestii wyglądał zabawnie. Człowiek ten wpadł do mnie na chwilę w trakcie malowania, zmęczony, umorusany, z pędzlem i śrubokrętem w kieszeni i rozmarzonym wzrokiem przy pierwszym podejściu wypowiedział „Dobra praca, to jest to!”- i ja mu uwierzyłem. Jest też jeszcze jedna ciekawostka, dotycząca wokalizy w „The Great Gig in the Sky”. Jak wiemy, jest to trudna do wykonania wokaliza a została, w mojej wersji, zaśpiewana przez 16-letnią polonijną wokalistkę o niesamowitym głosie. Dziewczyna włożyła w nią tyle młodzieńczego zapału i energii, że, szczerze mówiąc, jej wykonanie bardziej mi się podoba niż oryginał. Jest jeszcze wiele ciekawych spraw i zdarzeń związanych z pracą nad tym albumem, ale być może kiedyś opiszę je i udostępnię przy innej okazji. No i teraz najciekawszy aspekt tej historii: moja wersja i reakcja na nią członków Pink Floyd ! Tak,to prawda ! By legalnie wydać czyjeś kompozycje trzeba mieć zgodę autora, więc i ja postanowiłem o takową wystapić i ją uzyskałem ! Najpierw, za namową kolegi, posłałem pierwszą część nagrań,jeszcze w trakcie tworzenia, i poprosiłem o wydanie tego na terenie Ameryki Północnej. Następnie, po wielu perypetiach, wystąpiłem, już po wysłaniu wszystkich gotowych, zmasterowanych nagrań, o pozwolenie wydania ich w Polsce. Uzyskanie zezwolenia zajęło mi ponad 16 miesięcy, nagranie całosci ok. 10 miesięcy. David Gilmour po pierwszym wysłuchaniu - z relacji osoby dla niego pracującej, z którą rozmawiałem telefonicznie - powiedział, że jest mile zaskoczony, naprawdę docenia i popiera moją prośbę. Lecz, jak wiecie, zespół Pink Floyd wiele lat temu przeszedł ostrą wymianę ciosów, dotyczącą nazwy Pink Floyd i jej dalszego używania przez 3 członków z pominięciem Rogera Waters’a. Sprawa skończyła się w sądzie, w którym Waters przegrał, nie mogąc do dziś tego wybaczyć swoim kolegom. Dlatego też, po pierwszej aprobacie ze strony Pink Floyd, cała sprawa została skierowana do Rogera Waters’a i jemu powierzono moją prośbę. Ale, szczęśliwie dla mnie, i Watersowi się to spodobało. Jego pierwsza reakcja była (a znam ją z rozmowy z jego wydawcą), że -cytuję-”...był bardzo szczęśliwy, gdy tego wysłuchał...”. Niestety, pomimo wielu starań do tej pory, nie mogłem znależć wśród „możnych naszego szołbiznesu” nikogo, kto by to wydał w Polsce. Argumenty, które usłyszałem z ust wielu przedtem lubianych przeze mnie „fachowców” czasami były tak śmieszne, że nie wypada mi ich tutaj przy tej okazji cytować. Prawdziwe powody są mi znane, ale nie będę ich tu przytaczał. Może innym razem. Być może dociekliwy słuchacz, czyli większość z Was, już je zna. Dodam na koniec tylko, że cała ta moja polska wersja była prezentowana tu w Toronto, w którym mieszkam od lat, na wielkiej imperzie polonijnej, która zgromadziła kilka lat temu ponad 10 tysięcy sluchaczy i przyjęcie było więcej niż dobre. Planuję rozpowszechnianie tej płyty poprzez internet lub jeśli się znajdzie ktoś, kto to wypromuje w Polsce, przez normalny rynek fonograficzny.

POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ