
|
MAREK S. Nazywam się Marek Suchowski, jestem Polakiem od kilkunastu lat mieszkającym w Kanadzie. Moja przygoda z muzyką zaczęła się w szkole podstawowej we Wrocławiu, z którego pochodzę, kiedy to moja mama posłała mnie na lekcje gry na fortepianie. Kilka lat póżniej dostałem w prezencie od rodziców mała gitarę i od tej pory gitara towarzyszy mi przez wszystkie kolejne lata mojego zycia, praktycznie bez przerwy. Moja edukacja muzyczna obejmuje wszystkie rodzaje muzyki, począwszy od klasyki do jazzu i punk rocka. Lecz muzyką, która wywarła na mnie największy wpływ jest cała niemal twórczość grup rockowych z końca lat 60-tych a przede wszystkim 70-tych takich, jak: King Crimson, Yes, Pink Floyd, Genesis, Gentle Giant, Led Zeppelin, Deep Purple, Mike Oldfield, itd. Na początku lat 80-tych w okresie Stanu Wojennego, będąc na trzecim roku studiów kolega rzeźbiarz zapoznał mnie z wrocławskim środowiskiem „plastyczno-artystycznym”, w którym w owym czasie powstawało wiele grup muzycznych, i tam też zaczęła się moja sceniczna przygoda z muzyką. Grałem różne odlotowo-undergroundowe numery. Lecz nie było to dla mnie to, do czego dążyłem. Kawałki, które graliśmy były oparte na rytmach ska, reggae, które dla mnie nie były szczytem moich upodobań muzycznych. Po kilku latach odszedłem i po wielu perypetiach w 1989 roku wyemigrowałem do Kanandy. Do muzyki powróciłem po kilku latach, kiedy to sam zacząłem pisać swoje utwory, w których oprócz doświadczeń z Polski doszły jeszcze nowe „emigracyjne”. Nagle zebrało się kilkanaście pomysłów gotowych do nagrania, lecz oczywiście trzeba było zaczynać od zera. Kupowałem sprzęt nagrywający i uczyłem się go obsługiwać, jednocześnie komponując nowe utwory. Trzeba też dodać, że tak, jak na początku, tak i teraz wszystkie kompozycje i teksty, oraz wszyskie nagrania, miksy, partie instrumentalne, aranżacje są mojego autorstwa i wykonania, ponieważ mam własne studio nagraniowe. W międzyczasie przyłączył się do mnie kolega Krzysiek Kuraś, który choć bez scenicznego doświadczenia, dysponował świetnym niskim głosem i od tamtej pory towarzyszy mi w nagraniach i koncertach. Nie chcę Wam tu pisać o setkach godzin spędzonych na poznawaniu różnych tajników nagrywania i obróbki dżwięków (do dziś oczywiście jeszcze przeze mnie do końca nie poznanych), ale chciałbym tylko wspomnieć i w tym miejscu podziękować wszystkim tym, którzy podali mi w tym czasie rękę i wierzyli we mnie, szczególnie mojej żonie. A teraz do rzeczy, czyli do 4 albumów, które jak dotąd już powstały (piąty na ukończeniu), z których dwa są dotępne w sprzedaży:
„BEZ TYTUŁU”
(czyli PINK FLOYD po
polsku)
|